czwartek, 17 października 2019

Edward Nożycoręki (1990)



Tak się zastanawiałam (lfmao, znowu), czy nagrywać o tej ekranizacji film, czy może przemilczeć swoja (uzasadniona) fascynację i przejść do czegoś bardziej współczesnego - mogłabym przecież udać się do kina na seans - chociażby - Jokera i opowiedzieć co nieco o własnych odczuciach na temat nowej wizji Todda Phillipsa dotyczącej ikonicznej już w popkulturze postaci, w którą we wcześniejszych latach wcielali się Heath Ledger, Jack Nicholson, Cameron Monaghan, Cesar Romero i Jared Leto...



Październik to taki miesiąc w roku, kiedy miło jest usiąść przy kubku ulubionej herbaty, zapalić świeczkę, owinąć się kocem i chłonąć filmowa twórczość Tima Burtona, albo kogoś, kto w pełni zaspokaja Wasze estetyczno-jesieniarskie (wink) potrzeby (jeśli jesteście fanami innych gatunków filmowych). 


W ostatnią sobotę miałam okazję po raz pierwszy - od samego początku do końca - obejrzeć Edwarda Nożycorękiego. Zawsze się gdzieś ta produkcja w moim życiu przewijała - albo trafiałam na samą końcówkę w telewizji, albo czytałam o niej artykuł w gazecie, sama postać bądź też charakterystyczny wizerunek Johnnyego Deppa były mi znajome nie od dziś. Kostium sztandarowej postaci filmów Tima Burtona wszedł bowiem do kanonu halloweenowych przebrań już w latach dziewięćdziesiątych. 

Wróćmy może jednak do filmu.


Pierwszą rzeczą, która niewątpliwie rzuca się w oczy podczas oglądania dzieła Burtona to zdecydowanie gra kolorów. W ciągu ostatnich dziesięcioleci, Tim Burton wyprodukował mnóstwo filmów. Jego produkcje są charakterystyczne między innymi dzięki nadawaniu symbolicznych znaczeń gamie kolorystycznej.



Podstawowe trzy elementy powtarzające się w ekranizacjach Burtona to między innymi: specyficzne postacie reprezentujące najczęściej outsidera, wyrzutka, nawiązujące do gotyku scenografia i design oraz podkreślanie negatywnego wpływu popkultury. Wszystkie te trzy aspekty w pewnym stopniu związane są z barwami.

W Edwardzie Nożycorękim, pastelowe kolory, przywołujące na myśl raczej pozytywne skojarzenia, reprezentują amerykańskie przedmieścia lat 60-tych i ich mieszkańców. Widzimy je już w pierwszych ujęciach z lotu ptaka - na próżno szukać wśród barwnych okolic czarnego samochodu, drzwi czy pozbawionych nasycenia elementów odzieży. Nad kolorowym otoczeniem unosi się niepozbawiona echa niemieckiego kina ekspresjonistycznego stara willa, we wnętrzu której - ku zdziwieniu widza znajduje się przepiękny, barwny ogród. Jedyną lokalizację filmu, w której podziwiać możemy realistyczne, żywe barwy. Ogród Edwarda jest uzewnętrznieniem jego bogatego wnętrza, artystyczną manifestacją, dzięki której nawiązuje kontakt z otoczeniem.

Nie chcę tu za wiele zdradzać pod względem fabularnym (chociaż szczerze wątpię, że nie widzieliście Edwarda Nożycorękiego), ale początkowo trudno jest domyślić się, kto w filmie jest złym, a kto dobrym bohaterem. Czerń zazwyczaj symbolizuje "złą" postać, dlatego prawie przez cały przebieg filmu, a najbardziej na samym początku, możemy podświadomie założyć, że Edward jest zły. Pod koniec kontrast kolorów zaciera się, gdy jedna z bohaterek dotychczas ubierających się w takie same, pastelowe ubrania, zakłada białą suknię.

Minęło już sporo czasu od momentu, kiedy Edward po raz pierwszy trafił do kin (olaboga, to już 29 lat), jednakże historia opowiadana przez Burtona jest na tyle uniwersalna, że porusza widzów do dnia dzisiejszego na bardzo głębokim, osobistym poziomie. Ja sama zamierzam jeszcze nie raz wrócić do historii człowieka, który - jak sam siebie określa - jest niedokończony, niepełny i który niejednokrotnie zachowuje się bardziej ludzko niż niejedna ''normalna'' osoba z jego otoczenia.

Wiele do myślenia dał mi sam zabieg zaskoczenia, który zastosował reżyser. Co z tego, że twarz Edwarda, pokryta cała bliznami już od pierwszego ujęcia emanuje łagodnością, a w oczach i spojrzeniu na próżno doszukiwać się zła. Gdzieś to nasze społeczne zaufanie wobec osób w jakiś sposób różniących się od nas zostało zachwiane do tego stopnia, że nawet ja doszukiwałam się w tym wszystkim jakiegoś podstępu. Momentami nawet czekałam na scenę, w której Nożycoręki - niby to przypadkiem, a jednak celowo podcina tętnicę jednej z bohaterek.


Sam film, ukazujący koncept Frankensteina w kompletnie innej odsłonie, ma w sobie nutę autobiograficzną, lecz ukazaną w subtelny sposób w świecie fantasy. Burton wielokrotnie wypowiadał się na temat swoich problemów dotyczących społecznej interakcji w dzieciństwie. Opisywał siebie jako samotnika, czasami nawet dziwoląga. Jego była żona, Helena Bonham-Carter dostrzegła w osobowości reżysera pewne aspekty uwidaczniające się w syndromie Aspergera.

Tim Burton pokazuje, jak trudno jest odnaleźć akceptację, kiedy różnisz się od innych. Mieszkańcy osiedla są idealnym przykładem na to, że bardzo łatwo w zbiorowym odbiorze rzeczywistości o zmianę idei w zależności od okoliczności. Ich opinia na temat Edwarda nie jest indywidualna, lecz zbiorowa.

Ukazane jest także ciekawe zjawisko dotyczące fascynacji "odmiennością", w momencie, kiedy ukazywana jest ona jako atrakcyjna przez media. Podczas sceny występu w telewizji Edward nie jest "inny", jest "wyjątkowy". Jednakże granica pomiędzy uwielbieniem, a nienawiścią jest niezwykle cienka, a społeczność miasteczka bardzo łatwo ulega przesłankom zmieniającym ich percepcję tytułowej postaci.

Jest taka scena, która bardzo mnie ujęła w momencie, kiedy wszyscy ścigają Edwarda. Siada obok niego pies, któremu Nożycoręki przycina sierść tak, aby mógł lepiej widzieć. Zwierzę okazuje swoją wdzięczność - ten mały element fabuły to perfekcyjne podkreślenie faktu, iż zwierzęta nie znają uprzedzenia. I czasami wykazują się o wiele większym zrozumieniem niż ludzie.


I chociaż wiele mówiło się o Aspergerze Burtona, wciąż nie wiemy jak wyglądało jego dzieciństwo, możemy sobie tylko wyobrażać. Pewne aspekty tego zaburzenia uwidaczniają się u Edwarda. Chociażby jego niezdarność (spowodowana, rzecz jasna posiadaniem nożyc zamiast dłoni), niezdolność wpasowania się w otoczenie, posiadanie bogatego świata wewnętrznego.


Edward Nożycoręki to piękna, bogata w niezwykłe metafory opowieść o akceptacji. Uczy przede wszystkim tego, by nie nabywać uprzedzeń związanych z widoczną już na pierwszy rzut oka odmiennością, a zamiast tego zajrzeć wgłąb danej osoby, by dostrzec jaka jest naprawdę.