wtorek, 22 stycznia 2019

Obejrzałam ten film... Faworyta?




Mówiłam, że będzie różnorodnie. Dziś dla odmiany napiszę o filmie (wow). Filmie, którego fenomenu nie rozumiem, choć z tego co się orientuję jest ulubieńcem Oscarów. Po ogłoszeniu nominacji do tych cudownych, złotych statuetek kina, już niedługo nastąpi rozdanie. Zdaje się, że wybrałam doskonały moment na recenzję.



Kiedy trafiłam na trailer, ucieszyłam się, że wreszcie będę mogła zobaczyć Emmę Stone w nowej odsłonie. O ile sam film mi się nie spodobał, o tyle gra aktorska trzydziestolatki z Arizony już chyba zawsze będzie moim fAwOrYtEm. Zwiastun jak zwykle wzbudził we mnie nad wyraz wysokie oczekiwania wobec filmu, który okazał się nie mocnym, dobrze zagranym dramatem historycznym, a co najwyżej artystycznym nieładem okraszonym chwilami komediowym wydźwiękiem.

Wracając jednak do gry aktorskiej... Emma Stone wykonała doskonałą pracę transparentnością gry i ukrywaniem intencji swej postaci aż do punktu kulminacyjnego, w którym to grana przez nią zubożała arystokratka Abigail odsłania prawdziwe karty gry o względy królowej prowadzonej wraz z kuzynką, księżną Marlborough. Mamy tu prosty, wręcz banalny schemat, a mianowicie pojawienie się "tej trzeciej" (Abigail) w dotychczas niezagrożonej przyjaźni monarchini i księżny Sarah. I chociaż reżyser próbował tę relację skomplikować i dodać odklejonej od rzeczywistości królowej poczucia kontroli nad jej rozwojem, wyszło to dość nieumiejętnie. Cel był szczytny - wprowadzić widza w zakłopotanie, skłonić go do zadawania pytań na temat tego, kto kim manipulował w tej toksycznej relacji. Wyszło jak wyszło, według mnie źle.

"Artystyczny" chaos nie zrobił na mnie większego wrażenia, no może poza kreacją królowej, której potencjał kryjący się w niezrównoważonej psychice zdawało się wyczuć przez cały film. Niepewność i abstrakcyjność świata monarchini można było poczuć na własnej skórze chociażby przez obserwację absurdów dziejących się na królewskim dworze, oglądanie ujęć zniekształconych przez rybie oko czy dzięki muzyce Komeila S. Hosseiniego budującej napięcie aż do samego końca.W finalnej scenie Lanthimos po raz kolejny odsłonił swoje dziwaczne, niezrozumiałe wizje, zniechęcając mnie do swojej twórczości jeszcze bardziej. Wisienką na torcie tego zniechęcenia było zdanie sobie sprawy z tego, że Yorgos Lanthimos wszedł w łaski Hollywood nie bez powodu.  Co to za problem stworzyć komercyjne dzieło na miarę kulturalnego shiftu, ukazującego silne kobiety zdolne do walki (nawet destrukcyjnej) o swoje dobro. Jeśli dodać do tego postacie mężczyzn, błąkających się niczym kocięta we mgle kuszone popędem i chęcią władzy, mamy obraz reżysera z klapkami na oczach, którego feministyczna wizja przybiera gardzony przeze mnie, karykaturalny kształt.

Chorujący umysł zaburza pracę całego organizmu, a zważywszy na to, że film działa na wielu płaszczyznach interpretacyjnych, odczytacie tę metaforę wedle uznania po obejrzeniu "The Favourite". Pomimo braku sympatii do tego akurat filmu, nie odradzam. Wręcz przeciwnie. Chętnie poznam Waszą opinię.