poniedziałek, 9 grudnia 2013

Naturalki, naturalki! O błędach włosomaniaczek...

Wydaje mi się, że jako jedna z pierwszych blogerek, w 2012 roku, postanowiłam iść w kierunku zapuszczania naturalnych włosów. Decyzja ta nie była prosta i wymagała ode mnie kilku zabiegów u doświadczonego fryzjera. Jak proces powrotu do naturalnego koloru wyglądał u mnie?




Przede wszystkim: nie zdecydowałam się na całkowite zrezygnowanie z farbowania włosów z dnia na dzień.

Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić, aby rozsądnie rozpocząć przygodę z zapuszczaniem naturalek, jest udanie się do fryzjera z prośbą, by stworzył na naszej głowie coś w rodzaju naturalnego przejścia z odrostu, do farbowanej wcześniej części. W przypadku farbowanych blondynek, w późniejszym czasie, bez wcześniej wykonanego "przejścia", może pojawić się niechlujny efekt tri-color czyli: naturalny kolor - rudy/farbowany (jest to złudzenie optyczne), wypłowiały/pożółkły odcień farbowanej części włosów. Tak było i w moim przypadku, kiedy nie zdawałam sobie z w/w konieczności.

Gdy już uda nam się uzyskać "naturalne ombre" w salonie fryzjerskim, możemy obserwować, co dzieje się z naszym odrostem. Jeżeli z biegiem czasu staje się coraz bardziej widoczny, a różnica tonów (najczęściej - odrost: chłodny, farbowane włosy: ciepły) się nasila, warto byłoby pomyśleć o kolejnej koloryzacji, tym razem końcówek lub włączeniu w pielęgnację płukanek.

Decyzja o powrocie do naturalnego koloru nie jest łatwa i wiąże się z mnóstwem wyrzeczeń. Ale jeśli naprawdę zależy Wam na herach rodem z wybiegów mody, spróbujcie. A nuż okaże się, że było warto?