wtorek, 10 grudnia 2019

{ recenzja filmowa } Joker (2019)



Gdybym miała Wam opowiedzieć jak silny i poplątany jest mój związek emocjonalny z postacią Jokera, musiałabym wrócić do czasów, kiedy to w ramach Peachy Magazine pisałam ze znajomą fanfiki z perspektywy Harley Quinn i Jokera właśnie. Pomińmy ten wątek autobiograficzny, proszę.


Joker. Postać ikoniczna w świecie kultury masowej. Doczekał się wielu ekranizacji - zarówno animowanych jak i filmowych. Szczerze powiedziawszy odkładałam w czasie wybranie się do kina przez dość długi okres (film wszedł do kin 4 października, mamy połowę listopada). Obawiałam się tej ekranizacji z wielu powodów - po pierwsze, zyskała ona wiele głosów uznania ze strony widzów, których nigdy nie podejrzewałabym o sympatyzowanie z tym rodzajem kina. Po drugie - czytałam wywiad z rozgoryczonym Jaredem Leto wyrażającym swoje zdziwienie wyborem Joaquina Phoenixa. 

Lubię obu aktorów i co do ich umiejętności i tego jak wypadają na wielkim ekranie nie mam żadnych zastrzeżeń, ale mimo to bałam się gotowego produktu. Po wydarzeniach z 2009 roku doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, na co stać Phoenixa pod względem mieszania płaszczyzny rzeczywistości z płaszczyzną fikcyjną. Może tego nie wiecie, ale ten człowiek załamuje dwie wspomniane przestrzenie niczym artysta uliczny, którego obecność możemy poczuć podczas każdego oglądanego spektaklu. Nie bez powodu uważany jest za jednego z najlepszych aktorów swojego pokolenia. 

Miał do czynienia z jednym z najszerzej opisywanych w Internecie i brukowcach upadkiem. Na początku 2009 roku ogłosił, iż kończy karierę i zaczyna nowe życie rapera. Zapuścił brodę i wszystko wskazywało na to, iż dosc znajome było mu obcowanie z alkoholem i narkotykami. Kilkoro znajomych donosiło, iż poszedł w ślady starszego brata Rivera, zapowiadającego się na najlepszego aktora swego pokolenia, zanim w 1993 r., w wieku 23 lat, przedawkował narkotyki. 

Wątek pierwszego zagranego upadku i to, jakie elementy w wielowarstwowy, psychodeliczny wręcz sposób łączą historię nowego Jokera i wcielającego się w jego postać Joaquina momentami wbijały mnie w fotel. Nie chcę zbyt wiele zdradzać pod względem fabuły, ponieważ jest to recenzja p o z y t y w n a, ale nie mogę przejść obojętnie obok poszczególnych łączników świata fantazji i świata realnego, którego niedawne wydarzenia powinny zmusić nas do jeszcze głębszej refleksji na temat tego, jak łatwo w świecie nowoczesnych mediów i globalnej sieci manipulować emocjami publiczności. 

Na Jokera idziemy dla czystej rozrywki. Niektórzy z nas zdają się być znieczuleni na drastyczne ujęcia pojawiające się w filmie. Zakładamy z góry, wcielamy się w rolę ekspertów, wiemy przecież, z kim mamy do czynienia - mamy do czynienia z Jokerem. Postacią pozbawioną jakichkolwiek skrupułów, a nawet - momentami - człowieczeństwa. U części widzów za sprawą Jokera, w którego wcielił się Jared Leto, rozwinęła się zresztą swego rodzaju fascynacja tą postacią. Niezdrowa fascynacja.

W jednej z końcowych scen "Jokera", tytułowy bohater śmieje się pod nosem. Na pytanie, co go tak bawi, Joker odpowiada psychiatrze "Nie zrozumiałabyś". To właśnie wtedy zaczęłam mieć flashbacki do wydarzeń z 2009 roku. 

Zanim jednak cokolwiek powiem, załóżmy, że abstrahuję od wydarzeń w filmie. Ci, co mieli okazję go obejrzeć, być może dostrzegą point, do którego dążę. 

W lutym 2009 r. Joaquin pojawił się w kultowym programie amerykańskiej telewizji - Late Show with David Letterman. Wiele wskazywało na to, iż był wpływem narkotyków. Zarośnięty, w okularach przeciwsłonecznych, mamrotał lub wcale nie reagował na pytania, był wyraźnie nieobecny. Letterman zakończył spotkanie słowami: "Szkoda, Joaquin, że nie mogłeś się tu pojawić". 

Nagranie wywiadu krążyło po Internecie wzbudzając szereg różnych emocji. Przedstawiciele organizacji walczących z narkomanią, żądali przymusowego leczenia aktora, a rzecznik nowojorskiej policji musiał tłumaczyć się, dlaczego nikt nie przeszukał aktora po zakończeniu wizji. Jeszcze większe oburzenie wywołali szwagier aktora i jego najbliższy przyjaciel, którzy oznajmili, że chcieliby udokumentować w filmie staczanie się Phoenixa. Krytycy byli oburzeni, nie obyło się bez protestów ze strony najbliższych.

Pierwsza ekranizacja filmu dokumentalnego "I'm Still Here" miała miejsce podczas ostatniego dnia festiwalu filmowego w Wenecji. Pojawiły się głosy o totalnym upadku moralnym Hollywood. Nie bez powodu zresztą. Film ukazuje najmroczniejszy etap upadku człowieka. Jeden z najbardziej znanych i cenionych krytyków filmowych w USA napisał w recenzji, że filmu nie da się oglądać, bo opisywany w nim rozpad człowieka jest zbyt brutalny i zbyt intymny. // ujęcia

Prawdopodobnie Ci sami widzowie, którzy nie mogli znieść brutalnych ujęć "I'm Still Here", dziesięć lat później wybrali się na seans Jokera z tym samym aktorem w roli głównej, by podobny widok, pozbawiony komiksowej otoczki nadnaturalności, traktować jako rozrywkę bez cienia głębszej refleksji. Co mówi to o nas samych, pozostawiam Wam do przemyślenia.


Co do samego filmu będącego wnikliwym studium pierwszych kroków doprowadzających morderczego błazna do absolutnego obłędu, doskonale wypełnia on luki i dopisuje ciekawe elementy do historii, którą udało nam się poznać do tej pory. Nie tylko cały plot jak i portret samego Jokera należałoby odciąć grubą kreską od wcześniejszych ekranizacji. To nowy początek Jokera symbolizujący również pewien nowy etap całej serii.